Historia oprawy muzycznej polskich wesel to opowieść o zmianie technologii, gustów, ale przede wszystkim o zmianie relacji między muzyką a ludźmi. Przez długie dekady muzyka była usługą stricte użytkową. Miała być głośna, rozpoznawalna i funkcjonalna. Nikt nie pytał o koncepcję, klimat czy narrację. Liczyło się jedno: czy da się do tego tańczyć.
Początki – muzykant, nie artysta
W pierwszej połowie XX wieku muzykę weselną tworzyli lokalni muzycy. Akordeon, skrzypce, bęben – skład był prosty, repertuar ograniczony, a styl jednoznacznie ludowy. Muzyk nie był artystą w dzisiejszym znaczeniu. Był rzemieślnikiem. Kimś, kto znał melodie, rytmy i obrzędy.
Muzyka była podporządkowana tańcowi, a taniec podporządkowany wspólnocie. Nie było miejsca na eksperyment. Grano to, co znane, bo to dawało poczucie bezpieczeństwa.